Historia pewnej nastolatki

(moja pierwsza) powieść w odcinkach

Alex #10

Posted By on Sierpień 31, 2015 in Alex | 0 comments

***

Wakacje spędzane w domu tylko z bratem, którego przez 3/4 doby nie ma w domu, zaczynały mnie męczyć. Julka pojechała gdzieś z tatą, tym razem naprawdę, resztę moich znajomych też gdzieś „wcięło”, a po ostatnich przygodach nie bardzo miałam siły i chęci na zawieranie nowych znajomości. Został mi tylko Andy. Często wychodziliśmy razem na spacery. Mama nie wracała z delegacji przez jakieś cztery dni, więc musiałam się zdobyć na ugotowanie czegoś.
-To jak? Masz pomysł na nasze jedzenie?- zapytałam psa.
W odpowiedzi mój partner podniósł się z podłogi i wyszedł z kuchni, co uznałam za stanowcze „nie”.
-Ej, nie tak się umawialiśmy!- powiedziałam do Andy’ego załamując ręce.
Wiedziałam, że to tylko pies, ale potrzebowałam jakiegokolwiek wsparcia, nawet od tego czworonoga, bo brata oczywiście „wiwiało” z domu już z samego rana. Usiadłam więc sama przy komputerze i zaczęłam szukać przepisu na cokolwiek co można zjeść na lunch.
-To dobrze wygląda- mruknęłam patrząc na zdjęcie jakiegoś mięsa z ryżem i surówką, po czym mignął mi przed oczami napis „czas przygotowania: pięć godzin”.
– Nie, jednak nie- powiedziałam szybko przewijając dalej.- Spaghetti! Czemu wcześniej na to nie wpadłam! Proste i dobre, tylko hm… Czy są wszystkie składniki?
Zaczęłam myszkować po szafkach. Znalazłam sos pomidorowy, przyprawy… Tylko nie to, co najważniejsze.
-Andy! Nasze wyzwanie wzbogaciło się o wyprawę po makaron!- zawołałam mojego towarzysza.
Przybiegł od razu, w końcu niosło to za sobą kolejny spacer. Znalazłam smycz, pieniądze i wyszłam z Andy’m z domu.
Oczywiście znając moje szczęście nie dostałam makaronu ani w pierwszym ani w drugim sklepie, co wydawałoby się niemożliwe w Nowym Jorku. Ale jednak. Pełna nadziei, na resztkach sił pomaszerowałam do kolejnego, już trzeciego marketu, a za razem ostatniego w mojej najbliższej okolicy.
-Makaron-wróżki… Naprawdę..? Dobra, trudno, lepsze to niż nic.- mruknęłam bez przekonania kierując się w stronę kasy.
Do domu wróciłam ledwo żywa około trzeciej popołudniu. Drzwi otworzył mi brat, który zdążył w tym czasie wrócić niewiadomoskąd.
-Czemu jeszcze nie ma nic do jedzenia?- zapytał bez przywitania.
-U mnie wszystko dobrze, miło, że pytasz.- odpowiedziałam odpinając smycz.
James zmieszany, nic nie odpowiedział. Wziął tylko siatkę z zakupami i zaniósł ją do kuchni.
-Chyba sobie żartujesz- usłyszałam śmiech mojego kochanego braciszka, kiedy tylko odprawiłam Andy’ego.- Wróżki?!
-Nie, ani trochę, jestem wręcz śmiertelnie poważna- powiedziałam podając mojemu bratu fartuch.
-A to co ma być?
-Fartuch, a nie widać?
-Po co on?
-Gotować będziesz.- powiedziałam jak gdyby nigdy nic, podając mu przepis na kartce, po czym wycofałam się do swojego pokoju.

 

***

CDN.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *